Chciałbym na wstępie kilka słów o Godzilli. Jest to chyba pierwszy film, podczas którego zasnąłem dwukrotnie. Raz pierwszego wieczora, raz drugiego. Aż dziw bierze, że gość, który stoi za świetnym Łotrem 1 i doskonałą Strefą X, mógł aż tak to skiepścić. Wspominam o tym filmie nie tylko dlatego, że to jedno uniwersum, ale z tego powodu głównie, iż widać w Kongu. Wyspie czaszki, jak bardzo autorzy starali się uniknąć błędów Godzilli. Tam niemal nie było potwora? W Kongu pojawia się już w pierwszej scenie, a później regularnie co jakiś czas przypomina nam, kto tutaj rozdaje karty. Wynudziłeś się na Godzilli jak mops? Kong. Wyspa czaszki raczej Ci tego oszczędzi. Tam oglądaliśmy postacie, których los w zasadzie był nam obojętny? Tu i z tym jest lepiej. Gdyby rozpatrywać Konga jedynie w odniesieniu do Godzilli, to progres jest znaczący.

Oczywiście, to że Kong. Wyspa czaszki jest filmem bardziej udanym od nieszczęsnej Godzilli, nie czyni z niego przecież arcydzieła. Bo też film ten arcydziełem nie jest, ale z pewnością otrzymujemy bardzo solidne kino rozrywkowe. Sporo tutaj znanych twarzy, ale król od początku jest jeden. Nigdy nie byłem fanem Konga, spośród wszystkich dotychczasowych filmów najbardziej kojarzę ten z lat siedemdziesiątych z Jessiką Lange, bo w erze VHS w domu stała kaseta. Wersji Petera Jacksona nie widziałem i w sumie nigdy nie czułem się z tego powodu źle. Na Konga. Wyspę czaszki wybrałem się zachęcony zwiastunami, bez ciśnienia i jakichś bardziej wygórowanych oczekiwań (zresztą, to przecież tylko monster movie). Zwiastuny obiecywały, że będzie grubo i grubo jest, bo Kong rządzi. Jest ogromny, potężny i zdecydowany w obronie własnego terytorium. A że przy okazji ma kilku wrogów, widz poznaje jego siłę. Podobnie zresztą, jak członkowie ekspedycji, której jako widzowie towarzyszymy.

Rzecz dzieje się w latach siedemdziesiątych, u schyłku wojny w Wietnamie. Ostatniego dnia przed powrotem do domu oddział amerykańskich żołnierzy zostaje oddelegowany do eskorty grupy naukowców, którzy chcą przeprowadzić badania na nowo odkrytej wyspie. Poza wojskiem naukowcy korzystają również z usług tropiciela – byłego żołnierza SAS oraz fotografa. Większość uczestników wyprawy nie ma jednak pojęcia, z czym przyjdzie im się zmierzyć. Ekspedycja wyrusza na wyspę eskadrą śmigłowców, gdzie bardzo szybko i poniekąd na własne życzenie staje w obliczu śmiertelnego zagrożenia.

Kilka słów o aktorach: John Goodman jest jak wino. Widziałem go ostatnio w 10 Cloverfield Lane, gdzie był wyśmienity i tu jest podobnie. Słabszy aktor sprawiłby, że postać zdesperowanego naukowca z tajemnicą z przeszłości oglądalibyśmy bez większego zainteresowania (w końcu to ograny motyw), tymczasem ja nie mogłem od niego oderwać wzroku. Podobnie dobry jest John C. Reilly. Samuel L. Jackson nigdy nie należał do moich ulubionych aktorów, ale oddać mu muszę, że raczej nigdy nie schodził poniżej pewnego poziomu i tutaj również trzyma fason. Najsłabiej niestety wypadają Brie Larson i Tom Hiddleston, choć mam nieodparte wrażenie, że niewiele w tym ich winy, gdyż zwyczajnie nie za bardzo mieli co zagrać. W przypadku Larson jest to o tyle dziwne, że film nie ogrywa klasycznego dla filmów o King Kongu motywu miłosnego, nawet wręcz stara się tak ją kadrować, by w żaden sposób nie podkreślać jej seksapilu, wypadałoby zatem dać jej się wykazać aktorsko. Niestety, dziewczynie nie zaoferowano takiej możliwości. Miłą niespodzianką jest podwójny występ znanego z jednego z odcinków Black Mirror Toby’ego Kebbella – czasem wystarczy raz kogoś gdzieś zobaczyć i na zawsze wpada w pamięć.

Jest sporo odwołań do Czasu Apokalipsy, jest kilka bardzo udanych ujęć, opowieść trzyma się kupy, Kong zaś jest odpowiednio majestatyczny a końcowa walka absolutnie zadowalająca. Pamiętając, że to tylko kino klasy B, czego chcieć więcej? Twórcy nie robią z nas idiotów, zawieszenie niewiary przychodzi raczej bezproblemowo. Z kina wyszedłem zadowolony. Jeśli więc ktoś jeszcze nie widział filmu, a lubi monster movies to zachęcam: jest sporo rozpierduchy. Z drugiej strony fajnie przecież, gdy film ma nam do zaoferowania coś więcej aniżeli bitwy przerośniętych stworów. Osobiście wątpię, abym został fanem budowanego przez autorów uniwersum monstrów, tym niemniej ten film wspominać będę bardzo miło.

Advertisements