Oto BoJack Horseman. W latach dziewięćdziesiątych był gwiazdą popularnego sitcomu, ale później już mu się raczej nie wiodło. Dziś mieszka w wielkim domu w Hollywood (tzn. sorry, Hollywoo) wraz z kumplem Toddem, który przybłąkał się jakiś czas temu i już pozostał. BoJack rozstał się właśnie ze swoją dziewczyną, a jednocześnie agentką, kotką o uroczym imieniu Princess Carolyn. Wziął od podupadającego wydawnictwa Penguin zaliczkę na napisanie autobiografii, ale pisanie – podobnie jak cała kariera – idzie mu nieszczególnie (w zasadzie nie idzie w ogóle), wobec czego przydzielona mu zostaje ghostwriterka Diane, dziwnym trafem dziewczyna Mr Peanutbuttera – gwiazdy konkurencyjnego sitcomu i pogodnego labradora, którego BoJack nie trawi, a który koniecznie chce być jego kumplem. Poświęćcie tej ekipie nieco swojego czasu, a zostaniecie zabrani w szaloną przejażdżkę. Będzie śmiesznie, będzie obrazoburczo, będzie jechane po bandzie, ale będzie też refleksyjnie i smutno. Na pewno też będzie warto.

Dość długo zastanawiałem się, czy pisać o tej kreskówce na blogu. W końcu tematycznie to nie do końca to, o czym piszę zazwyczaj. Jednakże siła tej opowieści o antropomorficznym koniu, który w swoim domu na zboczu wzgórza próbuje z lichym skutkiem postawić do pionu swoje życie oraz własną karierę jest tak ogromna, że zwyczajnie nie miałem wyjścia: po prostu muszę Wam to polecić. Są co najmniej dwie rzeczy, które odróżniają ten serial od rozmaitych Simpsonów, South Parków czy Family Guya. Pierwsza to ciągłość historii – nie mamy tu do czynienia z proceduralem, jak w przypadku powyższych. Druga to waga całego przedsięwzięcia. BoJack Horseman jest na serio: są momenty, kiedy śmiejemy się do łez, jest ich nawet całkiem sporo ale koniec końców bardzo często jest to gorzki śmiech. A im dalej w tę opowieść, tym częściej śmieszkowanie i dowcipy ustępują miejsca złości, zadumie, (wybaczcie) wkurwieniu i przygnębieniu.

BoJack może bowiem sobie mieć łeb konia, ale jest przeraźliwie wręcz ludzki. Potrafi zasadzić bon motem, ma całkiem niezły dowcip, daje się lubić, a i dziewczynę w knajpie poderwie bez problemu. Jednocześnie jednak jest noszącym w sobie traumy z nieudanego dzieciństwa egocentrykiem, niezdolnym stanąć twarzą w twarz z prawdą o sobie, potrafiącym posunąć się do zwykłego świństwa wobec najbliższych, byle osiągnąć swój cel. Mimo tego kibicujemy mu, bo widzimy w nim człowieka. Istotę, która się wywraca a później wstaje. Próbującą posprzątać bałagan, jakim jest jego życie. A że najczęściej zdarza mu się w tym iść na skróty, co nieuchronnie prowadzi do kolejnego upadku? Ilu z nas czyni podobnie?

Serial jest pełen ciekawych postaci. Princess Carolyn to zaradna dziewczyna o złotym sercu, Diane Nguyen to lewicująca niespokojna dusza szukająca ciągle dziury w całym, zaś Mr Peanutbutter z początku jawi się nam jako pogodny głupek, ale tak naprawdę stanowi całkowite przeciwieństwo BoJacka: poza naturalną pogodą ducha jest wierny, lojalny i uczciwy, zaś spod maski poczciwego idiociny w miarę trwania serialu wyjawia się nam istota mądra naturalną mądrością. Główny bohater jest jednak tylko jeden i mimo wszystko to on jest tu najciekawszy. Ten serial oglądamy właśnie dla niego.

Jeżeli zatem będziecie mieli ochotę wejść do świata BoJacka, przygotujcie się na mnóstwo absurdalnego humoru, ale i również sporo zupełnie innych atrakcji. Twórcy nie boją się pojechać po bandzie i zaserwować nam odcinek, w którym od początku do końca nasi bohaterowie ćpają na potęgę. Potrafią również sprawić, że czujemy się emocjonalnie rozjechani walcem. This shit is for real. Ta kreskówka angażuje o wiele bardziej niż niejeden, wydawałoby się bardziej poważny serial bądź film. Z niewieloma równie dobrymi rzeczami miałem w ostatnim czasie do czynienia. BoJack Horseman jest znakomity, polecam zdecydowanie.

PS. Życzę zdrowych i spokojnych świąt wielkanocnych. Od piątku do wtorku jestem raczej offline.

Advertisements