Wspominałem już o tym przy kilku okazjach – jeśli nie na blogu to choćby na jego fejsbukowym fanpejdżu – lecz nadal jest to rzecz dla mnie tak niesamowita, że i tu na wstępie muszę powtórzyć: o Stefanie Grabińskim i jego twórczości po raz pierwszy dowiedziałem się od Chiny Mieville’a. Nie jestem co prawda wybitnym znawcą rodzimej literatury, ale jakoś rzadko mnie nazwiska zaskakują, a poza tym przyznacie chyba, że to rzecz niecodzienna, aby o polskim pisarzu usłyszeć od gwiazdy światowej fantastyki. Dopiero kilka miesięcy później najpierw podczas swojej prelekcji na Coperniconie o Grabińskim wspominał Tomasz Kołodziejczak, następnie jadąc samochodem do pracy trafiłem bodajże w Trójce na jakąś rozmowę dotyczącą autora Demona ruchu i postanowiłem się z tą twórczością zmierzyć. Płyną z tej lekcji dwa wnioski: pierwszy taki, że China Mieville to świetny koleś, bo nie dość że kapitalne powieści pisze, to i jeszcze przy okazji odkryje przede mną nieco klasyki polskiej literatury grozy, której przecież jakoś wybitnie wiele nie mamy, z czym naturalnie wiąże się wniosek drugi, a w zasadzie pytanie, jak można do czegoś takiego dopuścić. Pytanie zasadne jeszcze bardziej po samej lekturze Grabińskiego. Jakim cudem można tego faceta tak przemilczeć?

Stefan Grabiński urodził się w 1887r., zmarł w 1936. Interesował się parapsychologią, magią i demonologią, a także filmem, filozofią i literaturą. Uwielbiał Edgara Allana Poe. Wszystkie te zainteresowania odnajdują potwierdzenie w jego twórczości, choć przydomek „polskiego Poe” jest chyba nie do końca trafny. We wczesnych latach międzywojennych jego twórczość – głównie opowiadania – zdobyła nawet pewną popularność, jednakże sam pisarz zachorował na gruźlicę i w latach trzydziestych jako niezdolny do pracy rencista popadał w coraz większą nędzę i zapomnienie, by umrzeć w skrajnym ubóstwie i samotności. Z pewnością jego dramatyczne koleje losu rzutowały następnie na obecność jego twórczości w świadomości kolejnych pokoleń rodzimych czytelników, jednakże jak niesłuszny jest jej los przekonać nas może wydany w 2011 roku przez wydawnictwo Zysk i S-ka zbiór Demon ruchu i inne opowiadania, który – jak się domyślam – zbiera w jednym tomie utwory oryginalnie będące częściami składowymi kilku osobnych. Wyraźnie bowiem widać tu podział: zaczynamy tym, czym chyba najbardziej Grabiński zasłynął, a więc cyklem opowiadań poświęconych kolei, po czym przechodzimy do cyklu psychologicznego i erotyczno-kobiecego, by zakończyć całość kilkoma opowiadaniami z motywem ognia w roi głównej.

Demon ruchu – a zatem cykl poświęcony kolei – był tym zbiorem opowiadań, który przyniósł Grabińskiemu rozgłos po premierze w 1919 roku i czytając te utwory dzisiaj doskonale rozumiemy, dlaczego tak się stało. Mają te opowiadania niesamowity klimat i gdy na przykład czytamy otwierającą współczesny zbiór Głuchą przestrzeń (Balladę kolejową) to zwyczajnie mamy przed oczami mgły okalające opuszczoną stróżówkę przy przeznaczonym do likwidacji odcinku linii kolejowej. Czujemy się niczym prawdziwi świadkowie opisywanych wydarzeń. Grabiński pisze piękną polszczyzną, doskonale panuje nad językiem i nie boi się przy zachowaniu realistycznej narracji uciekać w bardzo poetyckie opisy. Jego pióro nadąża za jego wyobraźnią. Dla mnie jako czytelnika głównie literatury obcej, mającego siłą rzeczy zatem styczność głównie z przekładem, spotkanie z Grabińskim miało również tę ożywczą moc, dzięki której mogłem sobie przypomnieć, jaką przyjemność czerpać można z obcowania z tekstem pisanym oryginalnie w rodzimym języku. Cykl kolejowy jest kapitalny i utwory takie jak Fałszywy alarm, Demon ruchu, Maszynista Grot czy Dziwna stacja zdecydowanie warte są poznania. Podobnie rzecz ma się zresztą gdy kolej i pociągi ustępują miejsca erotyce i demonizmowi kobiet. Kochanka Szamoty oraz W domu Sary to kapitalne historie, w których erotyka miesza się z grozą, kobiety wiodą mężczyzn ku przepaści, sam zaś Grabiński w cudownie poetycki sposób bawi się słowem przy opisywaniu miłosnych uniesień. Zdaję sobie naturalnie sprawę z odmienności czasów, w których autor pisał swoje opowiadania, ale jakże to inne i wiele ładniejsze od pornografii, z którą dzisiaj mamy do czynienia. Jest też w sąsiedztwie rzeczonych opowiadań utwór o tytule Problemat Czelawy, stanowiący coś w rodzaju wariacji historii o Doktorze Jekyllu i Panie Hyde. Bardzo smakowity, dodam od siebie. Zamykający całość cykl opowieści o ogniu mam zaś za posiadający wręcz niezwykły potencjał ekranizacyjny. Jeśli ktoś kojarzy opisywany zresztą po części na tym blogu cykl nakręconych przez Rogera Cormana adaptacji filmowych utworów Edgara Allana Poe, to po lekturze takich opowiadań jak Czerwona Magda, Pożarowisko, Szalona zagroda czy Muzeum dusz czyśćcowych spokojnie jest w stanie sobie wyobrazić podobny cykl oparty o twórczość Grabińskiego. I choć zdarzają się tu i utwory nieco słabsze, to jednak autor się broni.

Oczywiście, dzisiaj czytając Grabińskiego ciężko się przerazić, ale sama atmosfera grozy lub niesamowitości budowana przez pisarza w swoich utworach wciąż zadziwia. Autor konstruuje swoje opowieści w sposób klasyczny, jednak jego literacki kunszt pozwala mu na malowanie słowami obrazów. Stefan Grabiński był po prostu utalentowanym pisarzem i przynajmniej w krótkiej formie literackiej, jaką jest opowiadanie, dawał temu wyraz. Dlatego też wciąż zasadnym pozostaje pytanie zadane przeze mnie na początku tekstu: czy stać nas, by takich autorów skazywać na zapomnienie. Przecież na uprawianym przez Grabińskiego poletku nasza literatura nie miała nigdy jakichś wielkich osiągnięć. Dlatego powinniśmy Grabińskiego popularyzować, zdecydowanie jest tego wart. Opisywanego przeze mnie zbioru opowiadań pewnie nie da się już znaleźć w księgarniach stacjonarnych, ale jest łatwo dostępny w księgarniach wysyłkowych, dodatkowo w przystępnych cenach, więc zdecydowanie polecam.

PS. Po Grabińskim zabrałem się za Żwikiewicza i w zasadzie nie mogę wyjść z podziwu, jak myśmy – w zasadzie poza papą Lemem i może jeszcze Zajdlem – zaorali rodzimą literaturę fantastyczną sprzed 1989 roku. Nie dziwię się Kołodziejczakowi, że ją próbuje na konwentach przypominać. Temat będę chyba jeszcze poruszał.

Reklamy