Oj, jak ja bardzo chciałem, by się udało. Macie tak czasem, że wyobrażacie sobie spotkanie z dziełem, nakręcacie się, cieszycie się na samą myśl o spotkaniu, a gdy do niego już dochodzi, to nic nie jest tak, jak być powinno? Jakżeż ja pragnąłem, by moje pierwsze czytelnicze spotkanie ze Żwikiewiczem było udane (zwłaszcza, że tak pięknie o nim pisał mój ulubiony bloger). Bym mógł później z czystym sumieniem polecać znajomym „takiego przykurzonego bydgoskiego pisarza”. Bym niezwłocznie sięgał po jego kolejne dzieła. Jestem zły, że nie wyszło. Zwłaszcza, że do pewnego momentu wszystko szło zgodnie z planem. Żwikiewicz odwrócił motyw terraformowania planet i uczynił Ziemię obiektem przekształcania przygotowującego ją do inwazji obcej cywilizacji. Krótkimi kronikarskimi wycinkami, niczym w omawianym przeze mnie kilka miesięcy temu Ślepym stadzie Johna Brunnera, efektownie budował napięcie. W poprzedniej notce i na facebooku zacząłem utyskiwać, że przecież nie możemy pozwolić sobie na zapominanie o takich twórcach i wtedy nagle sprawa się rypła. Bo po tym udanym początku ni stąd, ni zowąd zabrał mnie Żwikiewicz w odwiedziny do Gabriela Garcii Marqueza, co samo w sobie nie jest niczym złym, bo ja uwielbiam Miłość w czasach zarazy, ale jaki był cel tychże odwiedzin, jest wciąż dla mnie niejasne. A to zaledwie początek problemów, bo zaraz po tym następuje kolejna dziwna wolta, po której Żwikiewicz dokonuje czegoś na kształt zburzenia czwartej ściany i proponuje nam z jednej strony esej o science fiction jako literackim gatunku, z drugiej zaś asekurując się autoironią omawia czytaną przez nas powieść, przedstawiając nam jednocześnie autorów opisywanej inwazji. Część ostatnią zwyczajnie ciężko opisać, poza tym może iż ontologia i epistemologia łączą się w niej z absurdem. Bez sukcesu, rzecz jasna.

Zależało mi bardzo na tej powieści. Gdzieś bowiem tli się we mnie szczera sympatia do człowieka o bydgoskich korzeniach (a ja jestem bydgoskim neofitą) i założyciela Bydgoskiego Klubu Miłośników Fantastyki „Maskon”, którego obecną działalność z boku obserwuję i po cichu podziwiam. Tym bardziej mnie chyba ta Druga jesień uwiera. Bo bardzo chciałem i jeśli w tym rozczarowaniu znajduje się jakiś procent mojej winy to właśnie chyba jest to moje chciejstwo. Niestety, ta powieść się po prostu nie spina, poszczególne elementy ze sobą nie współgrają i chociaż czuć, że facet umie, to jednak tutaj nie wyszło. Obiecujący początek szybko bowiem ustępuje miejsca dziwacznym i nieudanym zabiegom autora, zamknięcie powieści zaś jest nużące i w zasadzie zupełnie nam obojętne. Nie jest mi znana historia jej powstawania, aczkolwiek gdzieś obiło mi się o uszy, że pierwotny tekst autorowi zaginął, w związku z czym do naszych rąk trafiła powieść napisana niejako na nowo. Tym niemniej, jeśli są w dorobku literackim Żwikiewicza pozycje, o których należałoby głośno mówić, iż niesprawiedliwie zostały zapomniane, – a chcę wierzyć, że takie są – Druga jesień z pewnością do nich nie należy. Oczywiście, będę do Żwikiewicza wracał, nie stanie się to jednak tak prędko, jak obiecywałem sobie przed lekturą.

Reklamy