Może i mijające właśnie bezpowrotnie wakacje były dla mnie czasem odpoczynku od blogowania, ale nie oznacza to bynajmniej, że spędziłem je zupełnie bezczynnie. Przeczytałem kilka ciekawych książek – choć po raz pierwszy od dawna nie zawsze była to fantastyka – oraz (a może przede wszystkim) oddałem się przyjemności bingewatchingu, nadrabiając całkiem sporo serialowych zaległości. O niektórych (Fargo!!!) pozwolę sobie w niedalekiej przyszłości skrobnąć osobną notkę, tymczasem tutaj chciałem napisać kilka słów o serialach spółki Marvel-Netflix. No bo przecież dostaliśmy w końcu długo oczekiwanych Defenders, a mnie udało się do tego momentu obejrzeć w końcu wszystko „co było wcześniej”. Myślę więc, że spędziłem z tym uniwersum tyle czasu, że wpis jest jak najbardziej na miejscu. Uwaga: MOGĄ ZDARZYĆ SIĘ SPOILERY.

Oba sezony Daredevila pozwolę sobie w tym tekście pominąć, jako że poświęciłem im osobne notki (zainteresowanych zapraszam Tu i Tu) i nie widzę sensu powielania zawartych w nich przemyśleń. Zaczniemy zatem od drugiego chronologicznie serialu, czyli Jessiki Jones, a więc tytułu, który sprawił, że z dużym opóźnieniem obejrzałem pozostałe seriale: w pewnym momencie mnie zwyczajnie mocno znużył. Problemem Jessiki Jones (jak i Luke’a Cage’a) był format 13 odcinków: tu po prostu zabrakło historii, przez co w moim odczuciu serial był rozwleczony. Końcówka jednak rekompensuje nam poprzedzające ją dłużyzny: jest odpowiednio widowiskowa, pomysłowa, nie brakuje w niej twistów. Atutem Jessiki Jones jest najciekawszy (do spółki z Wilsonem Fiskiem z pierwszego sezonu Daredevila) czarny charakter. Kilgrave jest absolutnym socjopatą, nie ma w nim w zasadzie krzty dobra, a mimo wszystko dzięki posiadanym umiejętnościom kontrolowania znajdujących się w jego pobliżu ludzi oraz świetnej roli Davida Tennanta nie sposób oderwać od niego wzroku. Historia kina i telewizji zna tysiące zaprzepaszczonych szans, na szczęście scenarzyści Jessiki Jones potrafią znakomicie wykorzystać możliwości fabularne, jakie daje obdarzony takimi umiejętnościami villain. Ciekawe są również wątki poboczne, zarówno ten bardziej komiksowy Willa Simpsona, jak i ten obyczajowy Jeri Hogarth. Z perspektywy czasu uważam Jessikę Jones za całkiem udany serial i zachęcam każdego, kto gdzieś po drodze się tym tytułem zmęczył, aby się przemógł i ruszył dalej, bo w mojej ocenie naprawdę warto. Jakkolwiek to zabrzmi, pani detektyw zyskuje na bliższym poznaniu. Czekam więc na zapowiedziany już sezon drugi.

W przeciwieństwie do Jessiki Jones, Luke Cage poszedł mi bardzo szybko, uważam jednak iż to serial słabszy od poprzedniczki. Samego bohatera mieliśmy okazję poznać właśnie w Jessice Jones, dopiero tutaj jednak jest „na swoim”. Poznajemy go jako pomocnika starego barbera Popa w Harlemie, który nieco mimo woli musi stanąć do walki z trzęsącym dzielnicą gangsterem Cottonmouthem i jego siostrą politykiem. Mniej więcej do połowy serial stanowi bardzo ciekawy obraz czarnego Harlemu, wydaje się wręcz stanowić hołd dla tej nowojorskiej dzielnicy i ma to zdecydowanie swój urok. Cottonmouth jest nieco bardziej zniuansowanym czarnym bohaterem niż złoczyńcy, przeciw którym stawali Daredevil i JJ. Widać to zwłaszcza po jego reakcji na śmierć Popa. Cottonmouth na swój własny, bandycki sposób kocha Harlem, a scena w kościele, w którym podczas przemówień obaj z Lukiem walczą o jego „duszę” jest naprawdę udana. Ich pojedynek w ogóle przypomina bardziej kino gangsterskie niż superbohaterskie. Niestety, w połowie sezonu następuje sugerowana od samego początku podmiana na pozycji głównego antagonisty i miejsce Cottonmoutha zajmuje Diamondback, wraz z nim zaś zmienia się zupełnie stylistyka serialu. Osobiście w drugiej części sezonu czułem się jakbym miał do czynienia z nie najwyższych lotów komiksem dla średnio rozgarniętych nastolatków. Żeby było jasne: nie widzę niczego złego w tym, że adaptacja komiksu ma mocno komiksowy sznyt, jednak tutaj zmiana stylistyczna jest w mojej ocenie aż przesadna. I to jest największy zarzut, który miałbym do Luke’a Cage’a. Poza tym można by się może jeszcze przyczepić do tego, że nasz bohater ma tendencje do pitolenia smutów w nieodpowiednich momentach, jak choćby w scenie, w której przed kwaterą główną Cottonmoutha mający go na muszce młodzieniec zwraca się do niego w popularny wśród afroamerykanów (a zakazany dla ludzi o innym kolorze skóry) sposób. Wnioskuję, że scenarzyści mieli tu spore parcie na pokazanie czarnej społeczności Harlemu jako dumnej i godnej, i jest to założenie jak najbardziej słuszne i godne pochwały, jednak czasem mniej znaczy lepiej i wkładanie w usta bohatera steku frazesów bynajmniej nie pomaga. Podsumowując, Luke Cage to serial nierówny, znakomita jest jego pierwsza część, w której twórcy skupili się na sportretowaniu czarnej społeczności Harlemu. Ma to klimat, styl i jakość. Niestety, stylistyczna wolta w drugiej połowie sezonu mocno obniża ocenę całości.

Tym sposobem dotarliśmy do Iron Fista, który w ocenie większości widzów i krytyków uznany został za pierwszą tak spektakularną porażkę nie tylko spółki Marvel-Netflix, ale chyba i samego Netfliksa w ogóle. Obejrzałem ten serial kilka miesięcy po premierze, gdy opadły już emocje i zakończyła się internetowa gównoburza o rzekomy whitewashing postaci Danny’ego Randa. Podszedłem do tej produkcji bez większych oczekiwań, ale też z nadzieją na to, że uda mi się znaleźć w niej coś ciekawego i przyznać muszę, że owszem, jest to najsłabszy serial spółki Marvel-Netflix i rzeczywiście, tytułowy bohater jest zwyczajnie głupi a jego przeciwnicy daremni, tym niemniej da się to jednak przy sporej dozie dobrej woli obejrzeć. Owszem, ręce nie mają gdzie opadać, gdy głównym pomysłem scenarzystów na pokazanie inności, niezrozumienia współczesnego świata i czystości uczuć Danny’ego jest zrobienie z niego głąba, który własnej, dopiero co odzyskanej firmie nakazuje sprzedawać nowe leki w cenie zakupu. W tym serialu roi się wręcz od podobnych głupot i prymitywnych zagrywek. Nie wiem, czy widziałem ostatnimi czasy cokolwiek równie pozbawionego sensu, jak chińska eskapada Danny’ego, Coleen oraz Claire Temple. Mimo wszystko jednak nie uważam, że Iron Fist wyrządził mi jako widzowi jakąś wielką krzywdę. Ot, niezbyt udana produkcja i tyle. Bywało gorzej. Podobała mi się tutaj postać Coleen, fajna była przemiana Warda Meachuma, a w zasadzie odwrócenie postaw jego i jego siostry. W przeciwieństwie do wielu ciekaw jestem drugiego sezonu i liczę, że nowy showrunner nie powieli błędów poprzednika.

No i wreszcie Defenders. Plusem jest skrócenie formatu do ośmiu odcinków. Kurczowe trzymanie się formatu trzynastu odcinków było problemem niemal wszystkich produkcji spółki Marvel-Netflix, poza pierwszym Daredevilem. Tu odpuszczono i chwała autorom za to. Chwała również za to, za co wielu krytykowało tę produkcję w przedpremierowych recenzjach, mianowicie za danie naszym bohaterom czasu na uformowanie czwórki. Chwała za interakcje między naszymi herosami, gdyż są one solą Defenders. Uważam, że po jasnej stronie serial w fajny sposób zbiera i miesza postacie, które zdążyliśmy poznać w poprzednich produkcjach. Mamy zalążek współpracy Coleen Wing z Misty Knight, Karen Page spotyka Trish Walker, przezorna jak zawsze Hogarth zleca Foggy’emu pilnowanie by działania Jessiki nie odbiły się na jej kancelarii. Wreszcie Claire Temple znajdzie się w jednym pomieszczeniu z wszystkimi bohaterami, którym dotychczas pomagała z osobna. To jest ta część Defenders, którą bardzo polubiłem. Jeśli chodzi o samą grupę tytułowych kozaków, to wyróżniają się Matt Murdock i pani detektyw, Luke Cage nadal od czasu do czasu prawi komunały, zaś Danny Rand wciąż jest, jak to ładnie ujął jeden z czarnych bohaterów, „najgłupszym Iron Fistem w historii”. Co natomiast leży? Przeciwnicy. Ręka nie sprawdziła się ani w drugim sezonie Daredevila, ani w Iron Fist, nie sprawdza się i tu. Co więcej, mamy tu do czynienia z czynem karalnym, czyli całkowitym zmarnowaniem Sigourney Weaver. Jej postać jest bardziej nijaka niż zupka chińska. Nie wywołuje w nas absolutnie żadnych emocji: ani gniewu, ani złości, ani sympatii, ani współczucia – nic, zupełnie nic. Podobnie zresztą ma się rzecz z pozostałymi członkami Ręki oraz wskrzeszoną Elektrą. Gdzież im wszystkim do Kingpina czy Kilgrave’a? Sam pomysł z otwieraniem podziemnych wrót za pomocą siły Iron Fista również jest niespecjalnie udany. No i zakończenie, które nie urwało. Rozmawiałem dziś w pracy z kumplem o Defenders i zupełnie niezależnie obaj użyliśmy tego samego słowa: przyzwoity. Nie mniej, nie więcej.

Spółka Marvel-Netflix wystartowała znakomitym pierwszym sezonem Daredevila, co z jednej strony przyniosło jej niesamowity splendor, z drugiej znacznie podniosło oczekiwania wobec kolejnych produkcji. Tymczasem z każdym kolejnym serialem poziom powoli opadał, aż na wysokości Iron Fista doszło do upadku i zarycia brodą o glebę. Dlatego też oczekiwania wobec Defenders były już (jak się okazuje, zupełnie słusznie) zdecydowanie bardziej stonowane. Serialowi udało się uniknąć krytyki, której zasłużoną ofiarą padł Iron Fist, nie wywołał jednak i głosów zachwytu. Wydaje się, że szansą na powrót do jakości może być dla Marvela i Netfliksa przygotowywany właśnie Punisher, tym bardziej że Frank Castle Jona Bernthala był chyba najjaśniejszym punktem drugiego sezonu Daredevila. Tak czy owak, ja do tego świata zawsze chętnie zajrzę.

Reklamy