Kilka miesięcy temu na łamach niniejszego bloga recenzowałem powieść Bernarda Berga Barnim. Ogień. Zainteresowanych odsyłam do tekstu, tu jedynie przypomnę, iż była to całkiem niezła powieść przygodowa osadzona w świecie, w którym krach finansowy doprowadził do upadku cywilizacji. Autor zgrabnie połączył akcję z humorem, które przyprawił dawką seksu, dzięki czemu otrzymaliśmy całkiem fajne czytadło. W założeniu powieść stanowiła początek sagi o tytułowym Barnimie. Sagi, która nie tylko pozwoli nam poznać dalsze losy bohatera, ale również da nam bardziej wyraźny wgląd w jego postapokaliptyczny świat. Zupełnie szczerze, nie powiem bym niecierpliwie czekał na ciąg dalszy, ale Barnim. Ogień pozwalała optymistycznie myśleć o kontynuacjach.

No i doczekałem się. Kilka dni temu w moje ręce trafiły opowiadanie Barnim. Srebro i powieść Barnim. Woda. To pierwsze jest raczej ciekawostką, zabiera nas w czasy młodości Barnima i traktuje o tym, jak nauczył się on nurkować (która to czynność okaże się mu przydatna na kartach powieści). Ciekawe jest tu bardziej poszerzenie naszej wiedzy o świecie Barnima. Ciężko to opowiadanie ocenić osobno, gdyż stanowi w zasadzie coś na kształt wstępu do powieści i mogło spokojnie zostać wydane razem z nią. Sama powieść zaś, niestety, jest sporym rozczarowaniem.

Barnim. Woda zaczyna się chwilę po wydarzeniach opisanych w poprzedniej powieści. Nasz bohater schodzi z gór i trafia do Wierszyna – miejscowości położonej obok zapory wodnej, a której mieszkańcy stoją w obliczu śmiertelnego zagrożenia ze strony znanych nam już złoczyńców. Barnim jak Barnim, nie chce ale musi, zatem ponownie okoliczności zmuszają go, by stanął w obronie zagrożonych. Woda zawodzi na obu najważniejszych polach: jako kontynuacja losów Barnima oraz jako rozszerzenie tego uniwersum. Niemal przez całą powieść nasz bohater ucieka/ściga, bije/dostaje łomot niczym jakaś Wańka Wstańka, tak jakby autor nie miał zupełnie pomysłu na to czym zapełnić karty swojej powieści. Tym sposobem kolejne zwroty akcji po jakimś czasie zwyczajnie nudzą. W poprzedniej powieści niby było podobnie, ale jednak działo się więcej ciekawych rzeczy, poza tym Barnim miał towarzystwo. Tutaj niby też je ma, ale autor rozgrywa to w nieco inny sposób, być może jego zdaniem i błyskotliwy, moim jednak zupełnie pozbawiający tę książkę uroku. Z kart powieści ulotnił się ten fajny „karczmiany” humor, który nadawał lekkości Ogniowi. Rozumiem co prawda, że tutaj z założenia jest bardziej poważnie, lecz mimo to szkoda, bo sam autor zdaje sobie sprawę z potrzeby rozładowania atmosfery i zawiera w powieści scenę śpiewów w karczmie, tylko że ona zdecydowanie rozczarowuje. Żart z Britney Spears jest słaby, a motyw z piosenką Dziwny jest ten świat Niemena sztuczny i pretensjonalny. Dodatkowo, w miarę czytania męcząca robi się maniera autora, który każdą wykonywaną przez Barnima czynność stara się nam dokładnie opisać. Jako czytelnik nie zawsze chcę i muszę wiedzieć wszystko, zwłaszcza jeśli chodzi o szczegóły. Takie pisanie nie pozostawia mi bowiem miejsca na uruchomienie wyobraźni. Podobnie rzecz ma się z opisami. Jest w powieści scena, w której bohater płynie łodzią, po lekturze której można śmiało iść zdawać na patent żeglarski. Doceniam wiedzę i przygotowanie autora, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że zostało to napisane tak a nie inaczej, by autor mógł nam się nieco popisać. A czasem naprawdę mniej znaczy więcej. O pewnych rzeczach, które irytują równie mocno nie sposób napisać bez spoilerowania, pozwolę sobie więc stwierdzić jedynie, że także i wybory fabularne Berga bywają mocno chybione. Rozszerzanie uniwersum idzie autorowi równie słabo. Momentami ciężko oprzeć się wrażeniu, że sam Barnim wie o swoim świecie tyle co my. Zadaje bowiem takie pytania swym rozmówcom, jakby spędził większość dotychczasowego życia na Księżycu. Momentami jest to wszystko mocno łopatologiczne, a kiedy Barnim dowiaduje się jak zorganizowana jest formacja zbrojna wroga, powraca uczucie sztuczności, o którym wspominałem już wyżej. Samo przedstawienie konsekwencji Krachu jest również co najmniej niezadowalające. Smucą i słabe dialogi – poprzez które cały czas zarówno Barnimowi, jak i nam, tłumaczony jest świat, w którym żyje. Smuci to zwłaszcza, że Berg w poprzedniej powieści pokazał że w dialogi „umie”.

Nie wiem, dlaczego tak się stało. Tak jak polubiłem otwierającą cykl powieść, tak Barnim. Woda równie mocno mnie rozczarowała. Męczyłem się podczas czytania, a mnie nie zdarza się coś takiego zbyt często. Ufam, że autor wyciągnie wnioski, bo sam koncept nie jest zły i szkoda byłoby go zarżnąć, tym bardziej, że pierwszą powieścią Berg pokazał, że ma to „coś”: nerw, komediowy timing, umiejętność postawienia kropki. Tych rzeczy tutaj zabrakło. Oby w kolejnych częściach (które wierzę, że powstaną) powróciły. Życzę tego nam obu.

PS. Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Tenogo.

Reklamy