W poprzedniej notce wspomniałem o Żwikiewiczu. O tym, że Druga jesień okazała się dla mnie niesamowitym czytelniczym rozczarowaniem, i że po lekturze tej powieści jakoś nie pałałem chęcią, by do niego wracać. Po czym wystarczyło, że w osiedlowej bibliotece w zasięgu mojego wzroku pojawiła się Delirium w Tharsys, w głowie zapaliła mi się lampka, że przecież gorzej być już nie może i chwilę później ze Żwikiewiczem pod pachą biegłem na tramwaj, by na czas dojechać do pracy. Gorzej istotnie nie było, choć Żwikiewiczowe komunikaty zdają się niekoniecznie do mnie trafiać. Ale żeby się o tym przekonać, warto było odbyć to ponowne spotkanie.

O tym chciałbym też tutaj kilka zdań skreślić, bo takich powrotów do pisarzy, z którymi miałem już wcześniej do czynienia i którzy niekoniecznie trafiali w moje czytelnicze gusta, (nie tylko) ostatnimi czasy trochę mi się uzbierało. Będzie to też taki rodzaj notki, którą w zasadzie będzie można co jakiś czas uaktualniać, dopisywać jej ciągi dalsze lub po prostu nadać jej jakąś formę cykliczną, bo przecież takie sytuacje będą mi się przytrafiać nadal. Nie ukrywam też, że odkrywanie nowych oblicz znanych mi autorów, utrwalanie dotychczasowego zdania na ich temat bądź ewentualne wolty w myśleniu o nich na podstawie lektur kolejnych ich powieści stało się jedną z moich ulubionych zabaw. Nie ma w tym chyba nic dziwnego, przecież z jednej strony lubimy być zaskakiwani, z drugiej zaś uwielbiamy przekonywać się o słuszności naszej wcześniej już ukształtowanej opinii. Oczywiście jestem absolutnie świadom, że nie ma nic odkrywczego w tym, iż czytanie kolejnych powieści konkretnych autorów może skutkować zmianą opinii na ich temat. Chciałem po prostu zdać krótki raport z placu boju.

Cóż zatem zmieniło się w moim myśleniu o Żwikiewiczu po Delirium w Tharsys? Przede wszystkim okazało się, że jest cień nadziei na porozumienie, bo po bełkocie, którym gdzieś tak od połowy w coraz większym stopniu była Druga jesień, Delirium nawet dało się czytać. Jest u Żwikiewicza zazwyczaj świetny pomysł wyjściowy, jest nieograniczona wręcz wyobraźnia, jest wreszcie mistrzowskie władanie słowem. Problem jedynie w tym, że facet przypomina gościa, którego posadzono za kierownicą superszybkiej sportowej fury i który tylko wyczekuje prostego kawałka drogi by od razu wcisnąć gaz do dechy. Tu nie ma hamulca, kiedy tylko udaje się Żwikiewiczowi przeprowadzić akcję z punktu A do punktu B, kiedy tylko wychodzi z zakrętu, nie ma przebacz: pedał w podłodze i natychmiast po oczach czytelnika zaczynają bić wszelakie panspermie. Nieuważny czytelnik po kilku akapitach rozgląda się dokoła, bo nie ma pojęcia gdzie jest i co w tym miejscu robi, uważny próbuje się w to wgryźć, ale nie znajduje klucza. Ta nieumiejętność, a podejrzewam wręcz że zwyczajna niechęć do zaciągnięcia hamulca sprawia, że naprawdę niegłupia opowieść, jaką Żwikiewicz nam snuje, zwyczajnie się rozmywa. Niestety, zarówno Druga jesień, jak i Delirium w Tharsys są dowodem na to, że można artyzm słowa utopić w grafomańskiej przesadzie. Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że wciąż tego Żwikiewicza jestem ciekaw, chociaż na jakiś czas mam zdecydowanie dosyć.

Drugim autorem, z którym ostatnimi czasy spotkałem się ponownie jest Kim Stanley Robinson. Kilka lat temu kupiłem i przeczytałem jego powieść 2312, po której odechciało mi się Robinsona na długie lata. To była jedna z tych powieści, których rozmach idzie w parze z wydumaniem. Nie wiem, może to ja, bo przyznaję że reaguję alergicznie na androgynię jako drogę rozwoju człowieka, ale w zasadzie odpychające tam było wszystko, z bohaterami na czele. Zdaję sobie sprawę, że 2312 nie jest najwybitniejszą powieścią Robinsona, że zdecydowanie wyżej ceni się jego trylogię marsjańską (której części osiągają całkiem ładne ceny w antykwariatach), aczkolwiek Bóg mi świadkiem, po tej książce nie wydałbym kasy na cokolwiek innego jego autorstwa. I tu przydatna okazuje się biblioteka, bo skoro wypożyczenie nic nie kosztuje, to co mi szkodzi? Jego sporo wcześniejsza powieść Złote wybrzeże okazała się całkiem przyjemnym zaskoczeniem. Robinson kreśli obraz Kalifornii w niedalekiej przyszłości, w której USA wciąż tkwią w wyścigu zbrojeń ze Związkiem Radzieckim (powieść powstała w latach osiemdziesiątych), kolejne połacie kalifornijskiej ziemi zostały wchłonięte przez rozrastające się miasta i pokryte siecią autostrad, zaś amerykańskie społeczeństwo oddaje się bez reszty konsumpcji. Całość jest naprawdę niegłupia i bardzo dobrze napisana, dodatkowo zawiera kilka całkiem celnych obserwacji i prognoz, które zdają się potwierdzać. Jako że jest to część luźno powiązanej ze sobą trylogii Orange County, bardzo chętnie zapoznam się z pozostałymi powieściami tego cyklu (trylogią marsjańską również nie wzgardzę). Można zatem rzec, że Złote wybrzeże przywróciło mi Kima Stanleya Robinsona. A czy jest się z czego cieszyć, to się jeszcze okaże.

Kroniki marsjańskie Raya Bradbury’ego to jedna z najwspanialszych rzeczy, jakie dane było mi przeczytać w ostatnich kilku latach, zresztą poświęciłem im notkę na samym początku istnienia bloga. Jednak nigdy mnie jakoś nie ciągnęło do przeczytania 451 stopni Fahrenheita. Główną tego przyczyną była moja niechęć do czytania fantastyki „orwellowskiej” – nie wydawało mi się to nigdy specjalnie interesujące. Dziś jednak jestem szczęśliwy, bo się przemogłem. 451 stopni Fahrenheita to powieść zasługująca na wszystkie, absolutnie wszystkie peany pochwalne, które na jej cześć powstały. Czyta się to jednym tchem bo Bradbury jak nikt potrafił opowiadać proste historie. Dodatkowo był jednym z tych cudownych pisarzy starej daty, którzy umieli pisać wielkie krótkie powieści (nie, żebym nie lubił czytać opasłych tomów, ale czasem zwyczajnie mniej znaczy lepiej), a także największym lirykiem wśród znanych mi twórców fantastyki. Doskonała książka, której znaczenie jest oczywiście nieporównywalnie większe niż Kronik, jednak to właśnie one pozostają bliższe memu serduchu. Do tego stopnia, że kiedy tylko ten wstrętny MAG wyda je w końcu w ramach swoich Artefaktów, kupię od razu, mimo iż już przecież czytałem. To jest coś, co po prostu muszę mieć u siebie na półce.

Co poza tym? Przeczytałem kolejną powieść Silverberga (Człowiek w labiryncie) i było to dobre. Facet pisał jak szalony, znam ułamek jego twórczości – Majipoor to wciąż dla mnie terra incognita – i w zasadzie dotychczas nigdy się nie zawiodłem, a przy Obliczach Wód byłem wręcz zachwycony. W oczekiwaniu na MAGowe wydanie Endymiona Simmonsa męczę jego mniej znaną powieść Fazy grawitacji i słowo „męczę” idealnie oddaje stan rzeczy. Może napiszę więcej, jak skończę, ale ciężko to obok Hyperiona stawiać. Poza fantastyką wróciłem również do Clavella, którego Tai-Pan z pewnością nie jest tak dobry jak Shogun, ale w jakimś stopniu jest nosicielem wszystkich jego zalet i wad. Clavell doskonale bowiem snuje intrygi, rysuje piękne portrety czasów i miejsc, o których pisze, a także intryguje czytelnika zderzając z nim obcą mu kulturę. Z drugiej strony jednak czasami nie panuje nad mnogością postaci i wątków, zaś zakończenia jego powieści bywają takie, rzekłbym, kapiszoniaste. Co nie zmienia absolutnie faktu, że te jego wielkie cegły czyta się doskonale, choć zdecydowanie warto zaczynać przygodę z nim od Shoguna.

W ciągu tych trzech lat istnienia bloga znalazło się kilku pisarzy, którym poświęcałem więcej niż jedną notkę. Najprościej wspomnieć tu o Lemie, Chinie Mieville’u i Williamie Gibsonie. Lema i Mieville’a zostawmy, bo jestem absolutnym fanem, ale przecież taki Gibson wielokrotnie wkurzał mnie niezmiernie do tego stopnia, że nijak nie umiem zaufać doniesieniom, że jego ostatnia powieść Peryferal to dobra rzecz. Kiedyś pewnie po nią w końcu sięgnę (jak i po Maszynę różnicową), ale bez pośpiechu. Cenię faceta dar obserwacji, jego „socjologiczny zmysł”, ale drażni mnie jego lenistwo i schematyczność. Neuromancer był genialny, ale poza tym żadna ze znanych mi jego powieści nie ociera się nawet o wielkość. Cóż, Gibson to ucieleśnienie tezy o najważniejszym pierwszym wrażeniu. Ale mogę sobie pozwolić tak pisać, bo znam jego siedem powieści. Dlatego teraz się tak wymądrzam. Fajnie tak.

Reklamy