Mamy nowy rok więc naszła mnie pokusa skreślić kilka zdań o rzeczach, których wypatruję w następnych miesiącach. O ile bowiem niespecjalnie lubię robić wieńczące rok podsumowania, o tyle zawsze fajnie opowiedzieć o tym, na co czekam. Poza tym chciałem się z Wami podzielić moimi przemyśleniami na temat Ostatniego Jedi i nowego sezonu Czarnego lustra. Doszedłem do wniosku, że taka forma wielotematycznych wpisów jest niegłupia – nie zawsze mam o czymś do powiedzenia tyle, by wypełnić solidną notkę, a nie zawsze chciałbym z tego powodu rezygnować z zabierania głosu. Myślę, że to się przyjmie, dzięki takiemu formatowi bowiem będę mógł dość swobodnie zdawać bieżące relacje ze swoich popkulturowych zmagań. Zacznijmy więc od krótkiego przeglądu rzeczy, na które czekam.

Jeśli chodzi o kino to niestety nie jest tego specjalnie wiele. O ile bowiem w minionym roku było kilka kinowych premier, na które niecierpliwie czekałem (Ghost in the Shell, Blade Runner 2049), o tyle jak sobie przeglądam tegoroczne blockbustery to nie widzę filmu, który koniecznie muszę zobaczyć w kinie. Ten rok będzie pewnie należał do Marvela, bo na wiosnę dostaniemy kolejnych Avengers, a ja filmy Marvela owszem, lubię ale nie mam na nie jakiegoś wielkiego ciśnienia. Film o młodym Hanie Solo od początku niespecjalnie mnie podniecał, bo Han Solo bez gęby Forda nie jest Hanem Solo, a teraz gdy słyszymy, że wybrali aktora, który podobno nie umie grać, tym bardziej mnie to nie jara. Z ciekawością natomiast wyczekuję utrzymywanego wciąż w tajemnicy nowego filmu z uniwersum Cloverfield, który ma wyjść wiosną. Cloverfield Lane 10 był filmem kapitalnym i ufam, że nowy projekt będzie równie mocny. Czekam również na nowe filmy Guillermo del Toro i Wesa Andersona. O tym, jak świetnym filmem jest Kształt wody mój twitterowy timeline rozprawia od jakichś dwóch miesięcy więc koniecznie chciałbym to sprawdzić. Wyspa psów to z kolei animacja z miejscem akcji w Japonii. Nikomu, kto widział Fantastycznego Pana Lisa nie trzeba chyba mówić nic więcej. Z chęcią zobaczę też drugiego Deadpoola i Annihilation. Ten drugi ma podobno u nas być dostępny na Netfliksie. Ciekawi mnie z dwóch powodów, po pierwsze stoi za nim twórca Ex Machiny Alex Garland, po drugie trylogia Southern Reach, której jest adaptacją stanowi jedno z moich największych literackich rozczarowań ostatnich lat. Koniecznie chcę zobaczyć, czy z tej wydmuszki udało się Garlandowi zrobić porządny film.

Jeśli chodzi o seriale to może nie mam jakiejś zawrotnej liczby wyczekiwanych tytułów, ale mam dwa takie, na które czekam z niecierpliwością. W najbliższych tygodniach zamierzam przeczytać Modyfikowany węgiel Morgana i Terror Dana Simmonsa by być gotów na seriale na ich podstawie, które będą mieć premierę w tym roku. Modyfikowany węgiel jawi się jako jedno z najciekawszych przedsięwzięć Netfliksa i mam nadzieję, że dostaniemy kawał świetnego science fiction. Terror z kolei to tytuł, o którym im więcej myślę, tym bardziej go wyczekuję. A skoro już przy książkach i przy Danie Simmonsie jesteśmy to MAG w tym roku wyda w ramach Artefaktów jego Endymiona. Jeszcze w styczniu natomiast Zysk i S-ka uraczą nas nowym Chiną Mievillem, o czym dowiedziałem się w ostatnich dniach. Wciąż co prawda mam masę tytułów już obecnych na rynku, z którymi chciałbym się bliżej zapoznać, ale te dwie powieści na pewno trafią w tym roku na moją półkę. Trafiłaby na nią również trzecia część Trylogii Pustki Hamiltona, ale zapowiadana już przez MAG-a na rok 2018 nie trafiła ostatecznie do rozpiski na pierwsze półrocze, więc raczej się w tym roku nie pojawi. Ale do tego się już chyba przyzwyczaiłem.

Jednym z najfajniejszych wydarzeń zeszłego roku był start wydawnictwa Non Stop Comics, które ochoczo wzięło się za wydawanie u nas komiksów Image Comics. Mam na półce trzy wydane przez nich tytuły i czekam na kontynuacje Odrodzenia oraz Paper Girls. Gorąco kibicuję temu wydawnictwu, bo jeśli odniosą sukces, komiksy Image – i im podobne – znajdą swoje miejsce na naszym rynku. Egmont z kolei wydał jesienią pierwszy tom Czarnego Młota (Dark Horse Comics) i to też jest tytuł, którego kolejne tomy z pewnością zdobić będą moją biblioteczkę. To w sumie chyba tyle, jeśli chodzi o rzeczy, na które czekam w 2018 roku.

Jako chyba ostatnia osoba (no, jedna z dwóch ostatnich) w Polsce między Świętami a Nowym Rokiem wybrałem się w końcu na Ostatniego Jedi. Jakimś cudem udało mi się w sumie uniknąć większych spoilerów więc nie udało się nikomu zepsuć mi zabawy. Specjalnie też unikałem jakichkolwiek recenzji, by nie wpłynęły na stan moich oczekiwań. Wiedziałem jedynie, że w dniu premiery odbiór był niemal entuzjastyczny, zaś z każdym kolejnym dniem przybywało bardziej krytycznych głosów. Sam też siedziałem w kinie przez pierwszą godzinę i zastanawiałem się, czy świat by mi się zawalił, gdybym tego filmu nie obejrzał. Ok, było nieźle, ale od Gwiezdnych Wojen oczekujemy, by trafiały w serducho. I kiedy z minuty na minutę robiło mi się coraz bardziej smutno, nagle film wystartował niemalże na nowo i do końca już siedziałem z oczami wbitymi w ekran i bananem na twarzy. Koniec końców, podoba mi się niezmiernie obrany przez Riana Johnsona kierunek. Podoba mi się Rey, podoba mi się Kylo Ren i to, co dzieje się między nimi. Myślę, że Ostatni Jedi w znakomity sposób złożył hołd bohaterom poprzedniej trylogii, oddając jednak pierwszy plan nowemu pokoleniu. I o ile Przebudzenie Mocy było nową Nową nadzieją (co w moich oczach nie było niczym złym) o tyle Ostatni Jedi fabularnie nie ma w sobie niczego z Imperium kontratakuje. Już Łotr 1 pokazał, że w świecie Gwiezdnych Wojen można zrobić film świeży, teraz okazuje się że jest to możliwe także w ramach głównej trylogii. Rian Johnson wprowadził tę historię na nowe tory i jestem niesamowicie ciekaw, co z tym teraz zrobi JJ Abrams. Ostatecznie dostaliśmy film, który nie jest z pewnością doskonały, któremu niekoniecznie udało się pociągnąć odpowiednio wszystkie zawarte w nim wątki, ale ostatecznie broni się swoją odwagą w odwiedzaniu nowych dla tego uniwersum rejonów. A że dzieli widownie i wzbudza dyskusje? Kurcze, przecież o to w całej zabawie chodzi.

Za mną jest już nowy sezon Czarnego lustra i muszę powiedzieć, że niestety, ale mam mieszane uczucia. Z jednej strony to nadal jest serial, który emocjonalnie angażuje na poziomie niedostępnym dla wielu innych tytułów, ale gdzieś z tyłu głowy wciąż miałem myśl, że chyba formuła powoli ulega wyczerpaniu. Wszyscy już doskonale wiemy, że Charlie Brooker jest pesymistą, ile odcinków pokroju Crocodile zamierza jeszcze nakręcić? Poza tym, czy nie oglądaliśmy już w tym serialu epizodu o przeszukiwaniu pamięci? Czy próba ucieczki przed syntetycznym organizmem nie miała miejsca w poprzednim sezonie? Motyw gier również już był i został nawet ciekawiej wykorzystany (abstrahuję od oczywistego lecz ślicznego nawiązania do Star Treka w USS Callister, i że jedna z planet w tym odcinku nazywała się Rannoch niczym ojczyzna Quarian i Gethów w Mass Effect). Kontrapunktem miał być tu zapewne odcinek Hang the DJ i jest nawet całkiem udany, ale gdzie mu tam do perły, jaką w poprzednim sezonie było San Junipero (nawet numer odcinka się zgadza)? Czarne lustro było swego czasu powiewem świeżości, pokazywało że science fiction na ekranie może prowokować, pobudzać do myślenia, wyprowadzać widza z jego strefy komfortu. To wszystko niby nadal ma miejsce, ale wspomniana świeżość gdzieś się powoli ulatnia. Nie ma w nowym sezonie ani jednego odcinka, który by rzeczywiście czymś zaskoczył i naprawdę bez znaczenia jest fakt, że brak tu jakiejś ewidentnej klapy pokroju nieszczęsnego Waldo. Przed premierą sezonu pisałem na twitterze, że ciężko mi wierzyć w utrzymanie formy, zwłaszcza po sezonie z absolutnie genialnym San Junipero (to jest w mojej ocenie jedna z najwybitniejszych rzeczy nakręconych w ostatnich latach) i niestety wygląda na to, że miałem rację. Nie wiem, czy powstanie sezon piąty, ale jeśli tak to nie będę jakoś specjalnie wyczekiwał.

W Nowym Roku chciałbym życzyć Wam, aby obrodził samymi dobrymi książkami, filmami, serialami i komiksami. Dobrych historii nigdy za wiele.